mam juz po prostu dosc. udaje ze wszystko jest ok i niby jest dopoki na chwile sie nie zatrzymam, rozejrze i pomysle ze cos jest nie tak. nie tak ze mna. w przeciagu ostatnich paru tygodni dowiedzialam sie ze kilka moich kolezanek z klasy wziely slub albo ze maja wkrotce zamiar. niby nie byloby w tym nic szczegolnego ale kiedy non stop slysze w domu gadki typu: jestes juz stara ( 23 lata kurwa!) pomysl o przyszlosci czas zalozyc rodzine itp to mnie po prostu rozpierdala!!!!
no i patrze na ta pieprzona nasza klase a tam jedna zmienione nazwisko ( no bo przeciez pare godzin wczesniej sie hajtnela to juz kurwa musi zamiescic zdjecia z imprezy i nazwisko zmienic), druga tez ni z gruszki ni z pietruszki zdjecie w stylu : z moim misiem na nowej drodze zycia itp. wrrrrrr....!!!! az mnie cos roznosi.
w pracy to samo kurwa. co chwile jakis przytyk typu: nie planujesz dzieci? sama tak ciagle, cos trzebaby zmienic........
mam juz serdecznie dosc. trzeba sie chyba kurwa wreszcie stad zawinac. ale czy uciekne od problemu? bo problem najwyrazniej jest. juz dawno nie czulam sie tak zdolowana.
moj 'pseudo chlopak' ktoremu dalam druga szanse w nadziei ze cos zmieni ze wreszcie zacznie mnie doceniac ze zmieni swoje podejscie do zycia, ma wszystko i wszystkich w dupie. moje kontakty z nim ograniczaja sie do jednego smsa na pare dni, jednego widzenia na dwa tyg, i sporadycznego telefonu czy krotkiej rozmowy na gg.
po prostu porazka.
szans na jakis zwiazek nie widac. moja kolezanka ktora niedawno rozstala sie z facetem juz ma nastepnego. ale ona kurwa lata po dyskotekach to wypatrzyla sobie goscia. a ja nic tylko praca i studia. nie zeby mi to jakos szczegolnie przeszkadzalo ale nagle ona nie widzi swiata poza nim, ja juz odplynelam. to byla moja jedyna kumpela. a teraz to juz nikogo.
jak studiowalam to nie nadazylam ludziom odpisywac na gg odbierac tel mialam kilka wyjsc dziennie. a teraz kurwa siedze w zabitej dechami dziurze, robie po kilkanascie godzin dziennie, spie po 4-5 i zero jakiejs ludzkiej rozrywki.
ktos mi kiedys powiedzial ze jak sie ma szczescie w milosci to nie ma sie w pieniadzach i na odwrot. najwyrazniej to prawda bo ja na brak kasy narazie nie narzekam. to juz nie chodzi o to zeby miec faceta. ale kolege, przyjaciela, takiego jakim byl michal. juz pol roku z nim nie gadalam. ostatnio widzielismy sie jakos w pazdzierniku i od tamtej pory cisza.
ja sie nie pdezwe pierwsza to on tez nie. a juz wielokrotnie mnie tak kusilo ze nie wiem. i teraz znow to mam.
mialam kiedys taka przyjaciolke. naprawde dobra. jeszcze do niedawna utrzymywalysmy kontakt chociaz ciezko nam bylo sie spotkac bo mieszkamy teraz o kilkaset kilometrow od siebie. no ale ostatecznie kontakt sie urwal. i nie winie sie za to bo kiedy jej ostatnio wyslalam zyczenia na urodziny to nawet nie odpisala podziekowac. to chyba cos jest nie tak ale nie ze mna w tym przypadku.
nie wiem co robic. jestem w takiej pustce ze nie wiem. jak jade na zjazd to widze tylko uczelnie o wyjsciu na piwo nie ma mowy. chociaz ostatnio kolezanka z uczelni napisala mi ze w nastepny zjazd moze wreszcie wyjdziemy gdzies. i dobrze. wreszcie. ciekawe co z tego wyjdzie. napisze na pewno. poki co to oddalam sie w swoim dole z bolem w sercu i lzami na policzkach i mysla zeby napisac do michala. kto wie jak wypije piwo to moze do niego napisze. ale czy nie bede zalowac?? co robic??